piątek, 14 marca 2014

Życzę Ci.

Na Gwiazdkę w 2003 roku dostałam od Mamy książkę, do której dosyć często zaglądam. Ot tak, na poprawę humoru. Jest to zbiór niespotykanych życzeń. A nosi tytuł: "Dla Ciebie. Z najlepszymi życzeniami." autorstwa Pam Brown. 
Jest tam jedno z życzeń, które uwielbiam, bo jest wszystkim we wszystkim:
"Życzę Ci takiego szczęścia, które daje podarunek od dziecka: bukiet więdnących mleczy, toffi z kieszeni, schwytana żaba, całus."

Prezenty lubi każdy, a te od dzieci mają w sobie magię. Ktoś mi kiedyś powiedział, że prezent od dziecka jest czymś najpiękniejszym, bo to skarb. Bo dziecko nie ma nic. A to, co Ci daje, jest wszystkim, co posiada. Nawet jeżeli to jest suchy badyl.
Zrobiłam porządek w torbie i oto, co znalazłam:

ŚLIMAK W CZAPCE
-Kama, zaopiekujesz się nim, żeby nie było mu smutno? On potrzebuje kochania...


SŁOIK ZE SKARBAMI
Najpierw dostałam worek piasku znad morza, czym się okropnie wzruszyłam. Bo kto przywozi w prezencie piasek. I to jeszcze w jednorazowej reklamówce. Chłopaki byli bardzo podekscytowani, że mogli mi go ofiarować. Ale został on skonfiskowany przez Mamę Zbójców, no bo przecież jeszcze nie jest gotowy! I dostałam słoik. Elegancki, z zatrzaskiem. A w środku skarby. Patyczki, szyszki, kamyczki. I stoi teraz na stoliku przy łóżku i odgania złe sny.


KAMYCZKI
-Kamyczku, mam kamyczka dla Ciebie! Zobacz jaki piękny!
I uzbierała się kolekcja. Z każdej wyprawy, z każdego spaceru. 


DINOZAUR
A może to jednak smok? Nie wiem, ale jest ręcznie malowany i zrobiony specjalnie dla mnie.


MUSZELKA
Nie znad morza. Nie wiem skąd. Kiedyś, po fajnym dniu z Pędrakami przybiegł do mnie T. i mi ją dał. Po prostu. Żebym jutro też przyszła.



KLOCEK
-Kama, weź go sobie. I zabierz do domu. A jak Cię kiedyś odwiedzimy, to będziemy mieli czym się u Ciebie bawić.



Kiedyś wpadła mi do rąk książka ks. Jana Twardowskiego "Patyki i patyczki". Nigdy nie byłam specjalnie religijna i za literaturą tego typu nie przepadałam, ale książka mnie urzekła. Pamiętam dwa opowiadania. Jedno z nich było o rysowaniu Maryi. O tym, że to Mama, jak każda inna i czemu wszyscy rysują Maryję w świętych strojach (nie wiem, jak to fachowo nazwać, ale chodzi o te sutanny), a nikt nie narysuje tej postaci w bluzce w kropki.
Drugie opowiadanie chyba sprawiło, że książka była bardzo polecana i weszła do kanonu lektur. Bo jest o skarbach. W domu wybucha pożar. Mieszkańcy wynoszą to, co jest dla nich najważniejsze- meble, telewizory, itd. Jest wśród nich chłopiec, który wybiegając z domu chwycił swój największy skarb. Patyki.

Hitem jest dzisiejszy prezent. Kompletnie niespodziewany. Od kogoś, o kim dużo słyszałam, ale nie miałam okazji poznać osobiście. Od kogoś, komu historie o Zbójcach są czytane na dobranoc, zamiast bajki. 


Dostałam Aniołki. Piękne, ręcznie wykonane (z niewielką pomocą jego Mamy, która musiała dłutkiem rzeźbić szczegóły). Aniołki są do pomalowania, ale zastanawiam się. Wyglądają cudownie w stanie surowym. Mają swój urok.
Kubusiu, jeżeli właśnie leżysz obok Mamy i słuchasz tych opowieści, to musisz wiedzieć, że bardzo Ci dziękuję za cudowny prezent i jak tylko zrobi się troszkę cieplej to zapraszam na tramwajową wyprawę. Przyjedziesz do mnie, prawda? 
Życzę Ci kolorowych snów.

A pozostałym życzę prezentów od dzieci. Prezentów pełnych miłości. Pełnych dumy. Bo dziecko przepełnia szczęście, gdy znajduje idealny prezent dla ukochanej osoby. Nieistotne, że jest to zwiędnięty kwiatek, kamień, czy skorupka po ślimaku. To są skarby. Skarby pełne uroku.
I tego Wam życzę.

poniedziałek, 10 marca 2014

Sójki i ironia.

Wybierali się jak sójki za morze.
Już trzeci raz.
No i wybrać się nie mogli- a to wycinane migdałki, a to choroby jednego, drugiego, trzeciego... Albo wszystkich na raz!
Ale dzisiaj ich zapakowałam do samochodu, żeby mieć pewność, że to już po raz ostatni.
I pojechali :)
Rano zaliczyliśmy hulajnogową wyprawę na jurajski plac zabaw na Ursynowie. Chłopcy wleźli na jedną konstrukcję, udając, że to jest ich statek, a ja miałam siedzieć na dole na karuzeli- to był mój ponton. No i oczywiście trzeba było wymyślić akcję ratunkową:
-Łaaaa!!!-krzyczę- Ratunku! Gigantyczna pirania mnie ściga!
Spokojnie podchodzi A.:
-Kama, co Cię ściga?
-Pirania.
-Ajranja? Co to jest?
-Nie ajranja, tylko pirania. To taka mięsożerna ryba z zębami.
-Acha... Ironia, tak? To ja znam takie słówko.- i zwracając się do brata- T.!!! Kamę ironia ściga! Chodź ją ratować!
-----------------------------------------------------
A tuż przed wyjazdem, siedzimy przy stole, żeby zjeść wszystko, co mogłoby się w lodówce zepsuć podczas ich nieobecności. (Ja dodatkowo zostałam obdarowana schabem i kalafiorem). I słyszę A.:
-Kamcia, a będziesz za nami tęsknić?
-Oczywiście skarbie! Będę bardzo tęsknić...
I włącza się T.:
-Nie martw się Kama. Zobaczymy się w poniedziałek! I wiesz, nawet możemy do Ciebie zadzwonić, jeżeli będziesz za bardzo tęsknić!
Na te słowa do rozmowy włącza się Mama Pędraków:
-Wiesz, T. Kama chyba musi od nas trochę odpocząć...
-Ej!- mówię zadziornie- jeżeli Chłopcy chcą, to jasne, że możecie zadzwonić. Będzie mi bardzo miło!
Na co T.:
-Widzisz Mamo, możemy zadzwonić! Kama to zadzwonimy!- i po chwili dodaje- Kama, a jak zadzwonimy to odbierzesz?
-No widzisz, T.- słyszę szept Mamy- to jest bardzo dobre pytanie... Od tego trzeba było zacząć :)

niedziela, 9 marca 2014

Dałam.

Dałam dupy. Dałam ciała. Dałam plamę. Dałam wszystko, co mogłam dać.
Gdy przyszłam do dzieciaków moich, byłam pod wrażeniem. Pod wrażeniem samodzielności. Pod wrażeniem niezależności.
Wtedy niespełna 2-letni A. sam mył ręce. Sam jadł. Wynosił stołeczek z łazienki, stawał na nim, zapalał światło, schodził z niego, wnosił znowu do łazienki, odkręcał kran, mył ręce, wycierał je i znowu wynosił stołek, żeby zgasić światło do którego nie sięgał. Wszystko robił sam. Nawet Pani w przedszkolu potwierdziła, że jest jednym z najbardziej samodzielnych podopiecznych.
I było cudnie!
Pracowaliśmy nad tym, pozwalałam mu na wiele, rozwijając go.
I przyszła zmiana.
Mały przestał chodzić do przedszkola z powodu chorób i na stałe wróciłam ja.
I- odruchowo- żeby mu ulżyć, żeby było szybciej, albo czasami dla śmiechu:
odsuwałam,
przysuwałam,
zbierałam,
sprzątałam,
nalewałam,
myłam,
wycierałam.
Taki mój odruch, że chcę ludziom życie ułatwiać.
I słyszałam nie raz a propos F.:
-Nie noś go, bo się przyzwyczai! I będę miała problem!
A ja odpowiadałam:
-To nie Ty, tylko ja będę miała problem, bo będę nie tylko Ciotką-Wariatką. Będę Ciotką-Wariatką-Noszącą-F.
I byłam na to przygotowana. Lubię dzieciom robić Dzień Dziecka. Zawsze moje odwiedziny wiązały się z niezapowiedzianą imprezą. Więc czemu nie F.?
A bo temu.
Bo sytuacja się zmieniła.
Bo wróciłam.
Jako przyjaciółka Rodziny.
Jako ta, co wspiera.
Jako ta, dzięki której wszyscy mają po równo.
I w tym wszystkim F., który domaga się noszenia. Po tygodniu mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa. No cóż- ryzyko. Nie planowałam bycia z całą trójką, ale podołam.
I któryś raz z rzędu słyszę, że za bardzo pomagam, że wyręczam ich we wszystkim. Mówię: -Daj spokój! Przesadzasz.
A Mama Rozbójców nie przesadzała.
A. siedzi przy stole, poświęca się pasji twórczej (czyt. koloruje lub tworzy labirynty). I spadł mu mazak, tuż pod jego nogi:
-Kamcia, podasz mi?
-Że słucham?!
-No, tego.. Poproszę mi podać.
I podałam. Bo użył czarodziejskiego słowa. I za każdym razem podawałam. I za każdym razem widziałam karcący wzrok ich Mamy. Ale przecież to tylko raz, może dwa... Ewentualnie siedem...
I znowu słyszę-Kamcia, podasz? Poproszę!
-Nie podam!
A mały w szoku:
-A czemu?
I widzę wzrok ich Mamy.
-Bo... yyy.... Piję kawę!- i złapałam za kubek.
Mama dumna ze mnie, że podołałam.
A ja nie do końca, bo przecież mogłabym podać....

I mija kilka dni. Przy obiedzie T. dyskutuje z Tatą:
-A ile muszę zjeść?
-T. nie musisz jeść. Ale nie zjadłeś zupy, więc skoro nie masz miejsca na drugie danie, to na deser też nie.
-Tato, a jak będzie deser to kto będzie w domu? Wy, czy Kama?
-To nie jest ważne, bo zasady są dla wszystkich. Kama też deseru nie da. Zresztą... Chyba musimy z nią porozmawiać...
A ja nigdy nie kwestionowałam zasad Rodziców. Ale zawsze mówiłam, że ze mną jakoś się można dogadać. Bo można. Bo zawsze potrafiłam wyjść na swoje. Trochę idąc na rękę sobie, ale zawsze trzymając się zasad. Troszkę więcej dawałam od siebie, ale wymagania Rodziców były dotrzymane. Było tak: ja coś dam, ja coś narysuję, ja coś obiecam... Ale tylko, jeżeli zrobisz to, czego wymagają Rodzice.
A tu dupa. Podkablowali mnie :)

czwartek, 27 lutego 2014

Sznurkowa wyprawa.

Czyli- jak dostarczyć Kamie wrażeń...

Zorganizowaliśmy spacer do naszego ulubionego sklepu z drobiazgami- po sznurki. Starszaki chcieli bransoletki z Buddą.
No to poszliśmy....
Punkt pierwszy programu obejmował drugośniadaniowe drożdżówki, które Chłopcy postanowili zakupić jakieś 50 m od domu- no bo 'buchy' puste, po nogi się 'zmęczają', itd. Wybrali sobie smakowite buły w pobliskiej galerii, usiedli grzecznie przy stoliku i pałaszowali, obserwując w telewizorku sposób produkowania stefanek, pączków i ciastek z gruszką. A ja siedziałam w kąciku, popijając upragnione tego poranka Latte i zastanawiając się, jakie to przygody nas czekają.
Buły zostały pochłonięte, o czym świadczyły wyraźne ślady lukru na pyszczkach malców. No to kierunek- łazienka. Kilometrów narobiliśmy, zanim udało nam się wypatrzyć znaczki informacyjne, bo jak na złość ochroniarz gdzieś się ukrył, a w sklepach ani żywej duszy, bo jeszcze pioruńsko wcześnie. W końcu trafiliśmy. I tu pierwsze schody- damska czy męska? Teoretycznie chłopcy już sobie sami radzą z czynnościami toaletowymi, ale wizja ich szarpiących się z warstwami kurtek, zimowych spodni i innych części garderoby sprawiła, że zdecydowaliśmy się jednak na damską.
Tuż za drzwiami łazienki chłopcy jak jeden mąż stwierdzili, że ich pęcherze nie wytrzymają i oni muszą. Kama siku! I tyle ich widziałam. Rozbiegli się po kabinach z prędkością odpowiadającą ich wiekowi (czyli niestety bardzo, bardz szybko), oczywiście w dwóch różnych kierunkach. I o ile T. poradził sobie bez problemu, to zza drzwi A. słyszę lekko spanikowany ton:
-Kama... Nie mogę otworzyć drzwi...
Tak. Zamknął się na zamek. Nie mogłam się na niego gniewać, bo sama wiem, jak bardzo kusi zamek w drzwiach- szczególnie w toalecie. No, ale teraz... Co zrobić, żeby nie wpaść w panikę?
-A., spróbuj przekręcić zamek...
-(Zirytowany, że go nie słucham) Kiedy mówię Ci, że nie mam siły!
-(Myśl, co robić... Myśl!!!) A. Najpierw zrób siusiu. (Do ogólnego przerażenia zbędne nam są zasikane spodnie.)
-Już zrobiłem!
-To teraz spróbuj przekręcić zamek w prawą stronę...
-A która to jest prawa?
-(Fuck!) To ta ręka, którą rysujesz...
-(Ogromnie dumny) Ale ja umiem rysować dwiema! :)
-(Fuck! Fuck!) Przekręć ten (cholerny) zamek w stronę kabiny, w której siedział T.
-Nie mogę. Przecież mówię Ci, że nie mogę!
I co tu zrobić?
Z zewnątrz nie otworzę, bo nie dam rady.
Dziura pod drzwiami za mała, żeby A. się przecisnął.
Nie zostawię go tam samego, bo wpadnie w panikę. A ja już zdążyłam wpaść.
T. z nim też nie zostawię, bo przecież nie możemy się rozdzielić.
Nic, tylko siąść i płakać.
I w tym momencie wchodzi anielica moja, wybawczyni- Pani z pobliskiego sklepu. Wyjaśniłam sytuację i kobiecina w te pędy poleciała po ochroniarza. On też zbyt wiele nie zdziałał, bo z zewnątrz otworzyć nie da rady- no cóż. Pani, ja biegnę po śróbokręt. Trzeba zamek wykręcić. I poleciał. Ledwo drzwi się za nim zamknęły, a z kabiny wychodzi zadowolony A.:
-Kama wyszedłem! Jednak miałem siłę!
Poczekaliśmy na ochroniarza, który przybiegł ze wsparciem w postaci P.M. i S.Z.N. (Pana Mietka i skrzynki z narzędziami). Podziękowaliśmy, uśmiechnęliśmy się uroczo i czym prędzej uciekliśmy ze sklepu. Prawie czym prędzej, bo jeszcze pragnienie się odezwało- jak zwykle na poważnych wyprawach.
Po sznurki dotarliśmy już bez niespodzianek.W sklepie narobiliśmy trochę zamieszania- jak to my i szczęśliwie wróciliśmy do domu dziergać nasze cuda.
Chłopaki chwalili się później bransoletkami (na które z kolei ich Tata patrzył dziwnie, bo były przepiękne, kolorowe, błyszczące i chyba ciut zbyt dziewczęce jak na jego gust).
-Kamcia, ja wybrałem takie koraliki- prezentuje T.- I mam jedno serduszko, żeby pamiętać, że mam Cię kochać!
-A ja mam też serduszka. I czerwone też mam. Żeby kochać Babcię i Dziadka, bo oni lubią czerwony. A Ty co masz?
-Ja mam to co zawsze-opowiadam.- Mam Buddę, mam aniołki i mam chłopczyka.
-A ten chłopczyk jest po to, żebyś pamiętała, że masz nas kochać?
-Tak.
-A te dwa?
-To są aniołki.
-A możemy być Twoimi Aniołkami? A chłopcem będzie F.?
-Możecie.
-A tu jest Pan Budda?
-Tak.
-A co robi Pan Budda?
-Siedzi i myśli.
-A o czym myśli?

I kolejne popołudnie minęło nam uroczo na buddyjskich historiach. A sytuacji z łazienkowymi drzwiamy zdawali się w ogóle nie zauważyć. Ja za to zauważyłam.
Nigdy więcej wizyt w toaletach.
Od dzisiaj sikamy pod krzakiem, a ręce myjemy w strumyczkach.






piątek, 21 lutego 2014

Zawsze wrócę do domu.

Czasem nie jest dobrze.
Czasem zasypiam do pracy. Zamiast o 7:00 budzę się przerażona o 7:40. Wychodząc z domu czuję, że jeszcze śpię...
Czasem boli mnie głowa, bo ciśnienie leci na łeb na szyję.
Czasem dziecko śpi tylko 15 min. w ciągu dnia, w rezultacie czego jest rozkrzyczane, płaczące i wrzeszczące.
Czasem, mimo, że się staram i wyciągam gazety, reklamówki, masę solną, przybory kuchenne i inne bajery do zabawy, dziecko wraca po raz setny do pchaczka. I muszę za nim biegać zgięta w pół. A mnie boli kręgosłup.
Czasem spędzam w kuchni, z dzieckiem na rękach, pół dnia, bo piekę bataty, cukinię i dynię... I jajko do tego gotuję na parze, żey zdrowiej było. A on mi pluje warzywkami, a jajko ostentacyjnie zrzuca na podłogę, patrząc mi głęboko w oczy.
Czasem znajduję chwilę na przytulaski i całuski, i samoloty, i unosząc dziecko wysoko nad głowę widzę w końcu jego rozpromienioną z zachwytu buźkę. I ogromną kroplę jego śliny, która z owej rozpromienionej buźki wyciekła. Prosto między moje oczy, albo- co gorsza- wprost do ust.
Czasem naprawdę nie jest dobrze.

I zawsze w takich dniach trzymałam się jednej myśli- w końcu wyję do domu. A tam, mimo mojego narzekania, pewien Piotr na FB zawsze przypominał mi, że przecież to kocham.

Dzisiaj przeprowadziłam u Al. rozmowę, która przetarła mi oczy i sprawiła, że znowu poczułam się dobrze. I miałam siłę na kolejne 4 godziny biegania, turlania się i rechotania.

-W sumie miałam dzisiaj czwórkę...
-A wiesz, że rodzice mają to na co dzień?
-Wiem, dlatego podziwiam ich, ale cieszę się, że zawsze, choćby było nie wiem jak źle, to w końcu przychodzi ten moment, w którym mówię 'papa', daję ostatniego buziaka i wychodzę do domu.
-A wiesz, że rodzice mówią, że choćby nie wiem jak było źle, to w końcu przyjdziesz Ty?

I za to ich kocham :)

środa, 19 lutego 2014

Przecież ja nikomu, nic.

Będzie post, który mi już od dawna chodził po głowie.
Będzie o emocjach- ze Zbójcową podkładką i Korczakowym wstępem.
Będzie o nas.

"Bo dorosłemu nikt nie powie: 'Wynoś się', a dziecku często się tak mówi. Zawsze jak dorosły się krząta, to dziecko się plącze, dorosły żartuje, a dziecko błaznuje, dorosły płacze, a dziecko się maże i beczy, dorosły jest ruchliwy, dziecko wiercipięta, dorosły smutny, a dziecko skrzywione, dorosły roztargniony, dziecko gawron, fujara. Dorosły się zamyślił, dziecko zagapiło. Dorosły robi coś powoli, a dziecko się guzdrze. Niby żartobliwy język, a przecież niedelikatny. Pędrak, brzdąc, malec, rak - nawet kiedy się nie gniewają, kiedy chcą być dobrzy. Trudno, przyzwyczailiśmy się, ale czasem przykro i gniewa takie lekceważenie." 

Wielu ludzi- i tych ze studiów, koleżanek i profesorów, a także tych, u których pracowałam, których odwiedzam- często pyta mnie, jaki mam sposób na wychowanie. A tu figa. I to nawet z makiem. Bo nie mam. A może i mam? Jeżeli mam to tylko swoją własną. A mianowicie- stawiam siebie na miejscu tego małego człowieczka. Bo skoro sama mam ochotę płakać z bezsilności, bo kolejny szkic tego samego obrazu mi nie wyszedł, to dlaczego nie pozwolić na łzy i krzyki dziecku, któremu rozpadła się wieża z klocków? Ja mogę mieć chandrę, deprechę i czarne chmury, mogę się przez tydzień spod kołdry nie wynurzać, a dziecko mam zmuszać do spaceru? Bezsens.
Dzisiaj podobną sytuację mieliśmy- A. wychodzi z zapalenia oskrzeli, więc przewietrzyć się oczywiście warto. Niestety Zbójec odwykł od spacerów, od razu płacz, krzyk, że on nie chce. 
Nie pomagały naklejkowo-bajkowe przekupstwa. 
Nie pomagały propozycje metrowo-autobusowych podróży. 
W końcu w towarzystwie szlochów poskutkowało super ważne zadanie dla A.: kupić mięsko do zupy!
Ubierał się długo, ociągał się, szlochał i jęczał. Ja stałam nad nim już ubrana po samą czapkę, jego Mama siedziała obok i w końcu widząc moje zniecierpliwienie, nie wytrzymała: 
-A. Proszę przestać się tak zachowywać! 
A co na to nasz bohater uroczego poranka?
-Mamo, ale przecież ja nikomu nic nie robię...
Spojrzałyśmy na siebie z głupawym wyrazem twarzy. No bo przecież on nikomu, nic... 

Bo gdy zadzwoni do Ciebie po raz setny psiapsióła, szlochając, że ma po raz setny ten sam problem, po raz setny z tym samym facetem- to wysłuchasz. Wysłuchasz i na kawę zaprosisz. Wysłuchasz i wieczór w babskim gronie zaproponujesz. Wysłuchasz i w te pędy pobiegniesz do sklepu po wino, żeby jej humor poprawić. I wysłuchasz. Po raz setny. Bo przecież trzeba wesprzeć. Bo ona swoim dołem wielkości kanionu nikomu, nic.
Chyba każdy wie, jak bardzo pomaga fakt, że ma się gdzieś przy sobie kogoś, do kogo można zawsze zadzwonić, zawsze przyjść. I ten ktoś wysłucha i pomoże. I nie będzie nas stawiał do pionu, bo tak zachowywać się nie można. A bo można.

Wiecie, że ekstrawertycy mają w życiu łatwiej? Bo mówią, co im leży na wątrobie. Bo krzyczą o swoich potrzebach. Tworzą czystsze relacje, bo każdy wie o co im chodzi.
Nie raz słyszałam:
-Kama, jestem na Ciebie zezłoszczony. 
A ja siadałam obok niego na podłodze i pytałam wprost: dlaczego? Co zrobiłam? Jak się mogę poprawić? Bo nie chciałabym, żebyś miał zły humor z mojego powodu...
Ale słyszałam też:
-Kama kocham Cię w środku świata. Bo w środku kosmosu kocham Mamę i Tatę.
I były inne perełki:
-Kama, a Ty masz męża i dzieci?
-Nie mam, aniołku.
-To Tobie musi być bardzo smutno w domu, jeżeli Ty nikogo nie masz...


Zatem mówcie o swoich emocjach. Mówcie co Was gryzie, co Was smuci. 
Dziecko Cię uderzyło- powiedz, że to Cię boli. A nikomu nie jest miło, gdy go coś boli.
Kłóci się z rodzeństwem- wytłumacz, że jest Ci przykro z tego powodu.
Ale mówcie też, jak bardzo kochacie, jak bardzo jesteście dumni, jakie to było śmieszne... 
Nie lekceważcie smutków i smuteczków.
I tym sposobem wychowacie dziecko radosne, uśmiechnięte, znające przyczynę swoich lęków i rozczarowań.
Bo dziecko, które wie, że jego emocje są ważne, będzie też szanowało emocje innych.



środa, 12 lutego 2014

Trudne pytania.

Gdy już na świecie pojawi się Twój brzdąc, możesz być święce przekonany, że czas trudnych pytań przyjdzie.
Podaję kilka zasłyszanych historii, które, być może, pomogą się Wam na to przygotować.

Historia nr 1. "Mamo to Ty nie masz siusiaka?!"
Wracając z przedszkola, Chłopaki przyuważyli siusiającą na trawie dziewczynkę. Padło pytanie, co owa dziewczynka robi. Siusia. I temat wstępnie zakończony.
Po przyjściu do domu Zbójcy przybiegają do Mamy. Pierwsza część opowieści należy do starszego, T.:
-Mamo, to dziewczynki nie mają siusiaków?
Mama wytłumaczyła, że siusiaki mają tylko chłopcy. Że tata ma siusiaka, dziadek do ma, wujek też. I nawet mały F.
T. chwilę się zastanowił, zaktualizował stan swojej wiedzy i poszedł się bawić.
Na placu boju pozostał A., ktory siedział z rodziawioną ze zdziwienia buzią.
-Mamo, ale dziewczynki na prawdę nie mają siusiaków?!
Mama tłumaczy znowu. Ta sama śpiewka, przykłady posiadaczy siusiaków, itd.
A.-widać jeszcze nieodpowiedni czas przyszedł- w pewnym momencie zamrugał oczkami, zaprezentował minę z serii 'O! Już rozumiem!', wstał i z błyskiem w oku:
-Mamo, możesz sobie żartować, ale ja wiem, że Ty też masz siusiaka!
I pobiegł się bawić :)
Do tematu pewnie jeszcze wróci, Rodzice są przygotowani na kolejne zmierzenie się z tematem- gdy przyjdzie odpowiedni na to czas.

Historia nr 2. "Rodzice, kiedy umrzecie?"
1. listopada, ferajna poszła znicze zapalić. Stoją i dumają. I odzywa się nostalgicznie A.:
-Rodzice... A kiedy Wy umrzecie?
A Rodzice zawsze-jak nikt inny- odpowiadają na każde trudne pytanie, więc na to też trzeba by było. A tym bardziej święto do tego zmusza... Ryzyko podejmuje Mama:
-A., Słoneczko... Jeszcze dużo, dużo lat minie...
-Dużo to ile? Tyle? Tyle? Pokaż mi na paluszkach!- prosi A., pokazując swoją łapkę. Bowiem 5 to dla niego cholernie dużo. No, ale w tym wypadku zawsze za mało.
-Aniołku, dużo więcej! Dopiero jak znajdziesz sobie żonę...
-Mamo, Mamo!- A. w płacz. Grochy kapią, z nosa cieknie, mały wpadł w histerię. W sumie nie dziwota, temat niezbyt wesoły. Ludzie się oglądają za nimi. Mama próbuje załagodzić sytuację:
-A., nie płacz. To jeszcze naprawdę dużo czasu...
-Mamo, ale ja nie mam żony, a wszyscy już mają! Łeeee!!! Ja nie wiem, która będzie najlepsza!!! Czy Natalka, czy Paulinka!!! Buuuu!!! Mamo, będziesz moją żoną?
-Słoneczko, nie martw się. Ja już jestem żoną Taty i Twoją Mamą. Ale jestem pewna, że znajdziesz dla siebie najlepszą żonę.
-Łeeeee!!!!! Ale T. już ma żonę!!!! Ja też chcę mieć!!! A Kama ma męża? Mamo!!!! (swoją drogą wyrasta z niego książkowy facet. Nie raz i nie dwa obiecywałam, że jego żoną będę, a on i tak przychodzi tylko w potrzebie! :p)
-A. Kama nie ma męża. Ale Ty, oprócz żony będziesz miał też swoją Rodzinę, swoje dzieci...
I nagle, spod tego łzowego gradobicia iskierki jakieś widać. I oczka zaczynają się śmiać. I tak jakby jakoś raźniej... I A., pochlipując, ale wycierając już nos w rękaw, zaskoczony i zdziwiony, jakby Amerykę przed nim odkryto:

-Mamo, to ja będę miał swojego F.,T. i... A.? Naprawdę?

Historia nr 3. "Pieniądze są ważniejsze?"
I coś bardziej melancholijnego.
Chłopaki mieli występy na Dzień Babci i Dziadka. Dziadkowie mieli być, ale jedni chorzy, a drudzy niestety musieli iść do pracy. T.:

-Mamo, to zarabianie pieniążków jest ważniejsze od naszych występów?

Historia nr 4.- moja własna.
W tematach prokreacyjnych dzieciaki zawsze odsyłam do rodziców, bo nie wiem, co chcieliby maluchom przekazać i w jaki sposób. Ale są też pytania, które zaskakują, a wcale nie należą do tych trudnych.

A. krzyczy z łazienki:
-Kama!!! Dotrzymasz mi towarzystwa?
Nie mogłam odmówić, mały na nocniku, ja siedzę na podłodze, drzwi otwarte, a w przedpokoju Tata z F. na rękach. I pada pytanie:
-Kamciu... A wytłumaczysz mi skąd u nas się w domku bierze prąd? Skąd on idzie do nas kabelkami tak do lampki?
A ja- pustka w głowie. Cholera jasna, no skąd? Czarna dziura. Zerkam na Tatę błagalnym spojrzeniem, a on robi wszystko, żeby się tylko w głos nie roześmiać.
-Wiesz A. na takich sprawach prądowych to najlepiej Tata się zna...
A. lekko rozczarowany, a Tata szepcze z przedpokoju:
-Kama, prąd się bierze z elektrowni :)

-------------------------------------------------------
W tych historiach nie są ważne odpowiedzi, a pytania. Bo one prędzej, czy później- zawsze padną. A odpowiedzi? Musicie wymyślić własne- odpowiednie dla wieku, dla rozwoju, dla charakteru Waszych pociech. Nie warto odkrywać przed maluchami wszystkich kart i od razu robić wykładu. Z czasem pytania będą bardziej szczegółowe, podobnie, jak Wasze odpowiedzi.